Dzisiaj przechodzę na emeryturę

Autor: Jerry A. Coyne
Zanim ci, którzy lubią tę stronę, zaczną się martwić, że nie będę tu dłużej pisał, pozwólcie, że wyjaśnię. Nie to mam na myśli mówiąc o emeryturze. Tutaj będę publikował teksty jak zwykle, chociaż dzisiaj będą tylko dwa posty. Od 16:30 czasu Chicago przechodzę na emeryturę w konwencjonalnym tego słowa rozumieniu – chodzi o moją pracę na University of Chicago. Podczas snu w Polsce (gdzie jest siedem godzin różnicy czasu z Chicago), przekształcę się z Profesora w Emerytowanego Profesora (lub na tej stronie, Emerytowanego Profesora Kota Sufitowego).
Zanosiło się na to od dwóch lat, ale nieczęsto piszę tutaj o sprawach osobistych i chciałem opóźnić tę informację aż moja emerytura będzie fait accompli. I, jak sugeruje dzisiejszy (czyli wczorajszy – przyp. tłum.)  dialog z Hili, niezbyt wiele zmieni się w moim życiu poza tym, że nie będę dłużej wykonywał samodzielnie badań ani uczył studentów (emerytowani nauczyciele akademiccy nie mają pozwoleniana nauczanie w Chicago). Mogę zatrzymać mój gabinet i nadal będę ciężko pracował, ale natura tej pracy zmieni się nieco.

Kilka lat temu zacząłem zdawać sobie sprawę z tego, że moja praca naukowca i akademika nie stawia mi już takich wyzwań, jak przez poprzednie 35 lat. Opanowałem umiejętności wymagane w takiej pracy: robienie badań, pisanie artykułów naukowych, prowadzenie i uczenie studentów, otrzymywanie grantów i tak dalej. Jedynym pozostałym wyzwaniem było odkrywanie nowych rzeczy o ewolucji, co jest naprawdę ekscytującą rzeczą w nauce. Zawsze mówiłam, że nic nie daje się porównać z uczuciem, że jest się pierwszą osobą, która widzi coś, czego nikt wcześniej nie widział. Artyści muszą czerpać taką samą satysfakcję z tworzenia nowych, fikcyjnych światów lub znajdowania nowych sposobów widzenia istniejącego świata, ale tylko ci, którzy uprawiają naukę – a chodzi mi o „naukę” w szerokim sensie – mają przywilej znajdowania i weryfikowania nowych prawd o naszym wszechświecie.

Jednak znajdowanie naprawdę nowych rzeczy – takich, które zaskakują i zachwycają innych naukowców – jest bardzo rzadkie, bowiem nauka, jak zapis kopalny Steve’a Goulda, jest w znacznej mierze nudą przerywaną przez nagłą zmianę. Tak więc zacząłem szukać bardziej satysfakcjonujących wyzwań; powoli wyciszałem moje badania i zdecydowałem, że przejdę na emeryturę, kiedy mój jedyny pozostały student dostanie dyplom. Podjąłem tę decyzję dwa lata temu, ale procedury przechodzenia na emeryturę – a także, prawdę mówiąc, własne mieszane uczucia – doprowadziły do pewnego opóźnienia. Dzisiaj jednak nadszedł ten dzień.

Co będę robił teraz? No cóż, nie zabiorę się za grę w golfa, co zawsze wydawało mi się nieco głupawym zajęciem. Nie będę więcej wykonywał pracy w laboratorium – samodzielnych badań – ale nie zamierzam porzucać nauki. Nadal będę pisał o nauce, zarówno na tej stronie internetowej, jak w miejscach takich jak pisma i ich strony internetowe i planuję napisanie książki popularno-naukowej o specjacji. Pisanie jest dla mnie Nowym Wielkim Wyzwaniem i to takim, którego nigdy nie można opanować. Mam ambicję pisania o nauce w pięknych i zajmujących słowach i znalezienia własnego stylu, żebym nie małpował po prostu tych ludzi piszących o nauce, których niezmiernie podziwiam. To jest wyzwanie, które potrwa do końca życia, bo bez końca można ulepszać swoje pisanie.

Planuję także więcej podróży, odwiedzanie miejsc, które bardzo pragnąłem zobaczyć, ale nie miałem czasu: Antarktyki, Australii, Południowowschodniej Azji, Bali i rezerwatów przyrody w Afryce, Patagonii i tak dalej.

Pozwólcie mi jednak spojrzeć wstecz, bo mam potrzebę zakończenia mojej kariery akademickiej przez jej podsumowanie.

Kiedy składałem podania o pracę, mój promotor, Dick Lewintin, pisał zazwyczaj w listach rekomendacyjnych coś takiego: “Jeśli Jerry ma jedną wadę, to jest nią nadmierna skromność i tendencja do zbyt niskiego mniemania o sobie”. Miał rację, bo nigdy nie chciałem ulec arogancji tych, którzy internalizują podziw, jakim są obdarzani. Dzisiaj jednak będę próbował być szczery bez nadmiernej skromności.

Czego więc dokonałem? Po pierwsze, była to dobra kariera zawodowa. Pod względem naukowym osiągnąłem dużo więcej niż to sobie kiedykolwiek wyobrażałem. Prawdę mówiąc, gdybym jako student wiedział, jakie przeszkody muszę pokonać, żeby zostać profesorem na znakomitym uniwersytecie i dokonać sporej ilości szeroko cytowanych badań, prawdopodobnie zrezygnowałbym. Nie patrzyłem jednak na cały tor: pokonywałem jedną przeszkodę po drugiej i teraz dobiegłem do końca tej trasy. Nie mogę powiedzieć, że zwyciężyłem, ale jestem zadowolony z finiszu.

Z czego jestem najbardziej dumny? Oczywiście, z moich badań, bo pragnienie dowiadywania się było tym, co zrobiło ze mnie naukowca. Decydującym momentem było zdarzenie, kiedy byłem jeszcze studentem na ćwiczeniach z genetyki. Dano nam dwie probówki z muszkami owocowymi, jedną z białymi oczyma, drugą z normalnymi czerwonobrązowymi oczyma. Otrzymaliśmy zadanie odkrycia, jakie mutacje powodują, że oczy tracą pigment. Kiedy skrzyżowałem muszki z tych dwóch probówek, potomstwo miało oczy normalnego koloru, ale kiedy to „potomstwo F1” krzyżowało się między sobą, otrzymałem cztery kolory oczu w ich potomstwie: normalne, białe oraz dwa nowe kolory: ciemnobrązowy i jaskrawo pomarańczowy. Jak to możliwe? Pamiętam, jak głowiłem się nad tym, a potem przyszło rozwiązanie w olśnieniu, kiedy siedziałem na ławce na pływalni. Białookie muszki muszą mieć dwa zmutowane geny, jeden, który blokuje wytwarzanie czerwonego pigmentu (dając brązowe oczy) i jeden, który blokuje brązowy pigment (pomarańczowe oczy). Wróciłem do laboratorium, przetestowałem tę teorię i stwierdziłem nie tylko, że miałem rację, ale że te dwa geny znajdują się na tym samym chromosomie (drugim), chociaż są położone daleko od siebie.

Podniecenie tego momentu i czysty rezultat, jaki otrzymałem sprawdzając moją hipotezę, są tym, co zrobiło ze mnie genetyka ewolucyjnego. Od tego czasu zawsze próbowałem robić eksperymenty, w których rezultaty czyste: eksperymenty, w których są dwa możliwe wyniki i łatwo je odróżnić. Podczas gdy badanie ewolucji często jest zabałaganione, genetyka ewolucyjna jest schludniejsza i zarówno moi studenci, jak ja, skupialiśmy się na badaniach, w których wyniki jednoznacznie wskazują na jedną hipotezę w odróżnieniu od innej. Wszystko to idzie wstecz do tego momentu na pływalni.

Najbardziej jestem dumny z mojej pracy nad specjacją i spróbuję nie być nadmiernie skromny mówiąc, że sądzę, iż pomogłem przywrócić do życia badania nad tworzeniem się gatunków, przynajmniej w sensie genetycznym – a ta dziedzina badań przez wiele lat leżała odłogiem. Obecnie istnieje niemal przemysł prac nad specjacją, z czego wiele z inspiracji pracy moich studentów i mojej, jaką wykonaliśmy na University of Maryland (moja pierwsza praca), a potem na University of Chicago. Oczywiście, konkretne rzeczy, które odkryliśmy i to, co one znaczyły, zostanie zalane strumieniem nauki i nasze nazwiska popadną w zapomnienie. Taki jest jednak los większości z nas i mnie wystarczy to, że pomogłem zmienić kierunek biologii ewolucyjnej ku jednemu z jej ważniejszych problemów: dlaczego przyroda jest podzielona na kawałki (gatunki) zamiast tworzyć jedno organiczne kontinuum? I jak tworzą się te kawałki? Miałem przywilej dokonania kilku odkryć, które pomogły odpowiedzieć na to pytanie i zainspirowały innych do dalszych odkryć.

Sądzę, że najdumniejszy jestem z książki, jaką napisałem z moim byłym studentem, Allenem Orrem, Speciation, opublikowanej w 2004 r. Napisanie jej zabrało nam sześć lat, zdobyła szerokie uznanie, a co ważniejsze wywarła znaczny wpływ. Nadal uważam tę książkę za moją prawdziwą spuściznę, bo nie tylko podsumowywała ona, dokąd zaszła ta dziedzina, ale podkreślała ważne pytania, na które brakowało odpowiedzi, służąc jako przewodnik do przyszłych badań.

Jestem także bardzo dumny z moich doktorantów, którzy są moją ludzką spuścizną: akademiccy synowie i córki, których praca zmienia kierunek nauki na długo po odejściu ich promotora. Miałem bardzo niewielu doktorantów, tylko czterech, a jeden z nich wybrał karierę piszącego o nauce. Pozostała trójka to znani akademicy i jestem niezmiernie dumny, że wszyscy uważani są za „gwiazdy”. Nie mogę sobie przypisywać zasługi za ich osiągnięcia, bo wszyscy poradziliby sobie beze mnie, ani nie mogę powiedzieć, że umiem wyławiać talenty. Wszystko, co mogę powiedzieć, to, że siedziałem z nimi w laboratorium, nieustannie mówiąc do nich, kiedy razem „popychaliśmy muszki” (liczyli i manipulowali muszkami pod mikroskopem przy pomocy pędzelków z futra gronostajów); i sądzę, że te rozmowy pomogły motywować i kierować nimi.

I jestem dumny, że do samego końca wykonywałem samodzielnie badania. Nie krytykuję tych naukowców, którzy mówią innym, co mają robić i siedzą w gabinecie, pisząc o wynikach  kierowanych przez nich badań, ale bycie kierownikiem laboratorium nigdy nie było moją mocną stroną. W rzeczywistości, ponieważ uwielbiałem pracę w laboratorium, nie miałem czasu na kierowanie innymi i to także ograniczało mnie do posiadania jednego tylko doktoranta. (Miałem także jedną post-doktorantkę i jestem dumny z jej osiągnięć w dziedzinie molekularnej genetyki ewolucyjnej.)

Na bardziej przyziemnym poziomie jestem dumny, że nigdy przez całe moje życie zawodowe nie byłem bez wsparcia grantem, coś, co jest rzadkością w tych dniach trudności z finansowaniem nauki. Przez ponad trzydzieści lat miałem ten sam grant, odnawiany co trzy lata: „Genetyka specjacji”. Jestem nieskończenie wdzięczny National Institutes of Health za szczodrość dla moich badań przez wszystkie te lata.

Co mogłem zrobić lepiej? Determinista taki jak ja, uważa wszelkie żale za nieproduktywne; nie mogłem zrobić niczego innego, niż to co zrobiłem. Chciałbym jednak być lepszym nauczycielem, szczególnie dla studentów. Zważywszy, że moją prawdziwą miłością są badania oraz to, że w miejscu takim jak University of Chicago jest się ocenianym raczej za badania niż za nauczanie, prawdopodobnie wkładałem zbyt mało wysiłku w uczenie studentów. Żałuję, że nie miałem więcej kontaktów ze studentami, bo na University of Chicago to sfora zdolnych i ciekawskich ludzi. Moje oceny z dydaktyki były zawsze przeciętne i zawsze chciałem, żeby były wysokie. Z drugiej strony wiele moich badań było robionych we współpracy ze studentami, którzy chcieli pracować w moim laboratorium po kursach na temat ewolucji i wielu z nich poświęciło się potem albo karierze naukowej, albo medycznej.

University of Chicago jest ogromnie zróżnicowanym i stymulującym miejscem, mamy znakomitych profesorów i świetne wykłady we wszystkich możliwych dziedzinach. Żałuję, że w trakcie mojej kariery zawodowej nie miałem więcej kontaktów z kolegami z innych dziedzin. Nasz uniwersytet jest nieco zabłkanizowany, więc te okazje są stosunkowo rzadkie i ciągle brakuje czasu. Równocześnie uwielbiam humanistykę i chciałbym bywać na wykładach o literaturze angielskiej, filozofii, antropologii, paleontologii, itp. Może będę miał teraz więcej na to czasu. Przynajmniej jednak wypełniłem dwa przyrzeczenia złożone przez początkującego naukowca: że nigdy nie porzucę uniwersytetu i że zawsze będę miał pracę, podczas której będę mógł chodzić w dżinsach.

Często odchodzący na emeryturę naukowcy spotykają się z pytaniem o rady dla młodszych. (W rzeczywistości spotykałem się z tym pytaniem wielokrotnie podczas całej mojej kariery zawodowej.) Oczywiście wszyscy mamy tendencję do zalecania, żeby robili dokładnie to, co my sami robiliśmy! Właściwie to jest wszystko, co wszyscy możemy powiedzieć: róbcie to, co naszym zdaniem pozwoliło nam na odniesienie naszych sukcesów. I chciałbym powiedzieć o dwóch rzeczach, które charakteryzowały moją karierę. Być może poruszą one neurony młodszych badaczy i wpłyną na ich własne życie.

Po pierwsze, nic nie zastąpi ciężkiej pracy. Dobry umysł to nie wszystko i, prawdę mówiąc, nigdy nie uważałem, że jestem szczególnie bystry. Pracowałem jednak bardzo ciężko, przez siedem dni w tygodniu, i to ciężkiej pracy przypisuję moje sukcesy. Kilka dobrych pomysłów – miałem ich ze trzy w moim życiu – ale każdy wymagał ciężkiej pracy. Tak więc studenci, jeśli nie ma was podczas weekendów w laboratorium, to coś jest nie tak. Nie znaczy to, że nie powinniście mieć życia poza laboratorium, bo jest ono bardzo ważne, ale jeśli wasza praca jest waszą pasją, musicie ją robić niezależnie od oficjalnych godzin pracy. Nauka to nie jest robota od godziny dziewiątej do piątej.

Inną dobrą radę, dostałem od mojego mentora Dicka Lewontina na jego przedemerytalnym przyjęciu w Harvardzie. Stojąc przed akwarium z formaliną, w której zakonserwowana była latimeria (nazywana “żywą skamieliną”), Dick powiedział, że jest ona właściwym tłem do rady, którą chciałby, żebyśmy zapamiętali: jeśli jesteś profesorem NIE DOPISUJ swojego nazwiska jako autora do publikacji twoich studentów, ewentualnie tylko w przypadkach, kiedy sam wykonałeś znaczną część pracy w danym projekcie. Takie współautorstwo nabija twoje curriculum vitae w mało uczciwy sposób, a równocześnie pomniejsza osiągnięcia twoich studentów.

Jest to prawda powszechnie znana w akademickim świecie (nazywana czasem, za stosownym cytatem biblijnym, efektem św. Mateusza   <
https://en.wikipedia.org/wiki/Matthew_effect
>), że “główny autor” naukowej publikacji – kierujący laboratorium, w którym wykonano badania – jest głównym beneficjentem uznania. Paskudnym rezultatem tej praktyki jest to, że doktoranci i postdoktoranci pozostają z okruchami jako zaledwie pomagierzy. Nie powinno tak być. Główni autorzy zdobyli już swój status i bezpieczeństwo swojej pracy, podczas gdy młodsi dopiero pracują na swoją pozycję. Jeśli o mnie chodzi uważam, że jedynym usprawiedliwieniem dopisania twojego nazwiska do publikacji twojego studenta, jest to, że albo sam, własnoręcznie wykonywałeś część prac podczas badań, albo wniosłeś istotny wkład do analizy wyników. Samo podsunięcie studentowi pomysłu, pomoc w zdobyciu funduszy na badania, czy pomoc przy pisaniu raportu to zbyt mało, by uznawać się za autora. To są nasze profesorskie obowiązki, podczas gdy naszym przywilejem jest uprawianie nauki i odkrywanie nowych rzeczy.
Moja pierwsza bardziej znana publikacja, która dzięki żelowej elektroforezie pokazywała, że niektóre geny mają znacznie więcej alleli (form genu) niż pierwotnie sądzono – do dwudziestu lub trzydziestu form odseparowanych w populacji. Napisałem ten artykuł dla pisma „Genetics” i opatrzyłem go dwoma nazwiskami, moim i Dicka Lewontina. Położyłem maszynopis na jego biurku pod koniec dnia pracy z prośbą o komentarze i poprawki.

Następnego ranka znalazłem maszynopis na moim biurku pokryty czerwonymi bazgrołami (charakter pisma Dicka był koszmarny), ale nazwisko Lewontina było skreślone. Powiedział potem: „nie rób tego nigdy więcej”. Lewontin należał do tych naukowców, którzy wyrzekli się pogoni za uznaniem. Jego mentor, Theodosius Dobzhansky często publikował wyniki badań opartych na jego własnych pomysłach, w których osobiście uczestniczył odczytując slajdy chromosomów i  pisząc całą pracę, a jednak jego nazwisko nie figurowało pod tytułem. Często jego laboranci byli wyłącznymi autorami – Boris Spassky, Olga Pavlovsky. Sam Dobzhansky związany był z pierwszym nowoczesnym laboratorium genetycznym Thomasa Hunt Morgana, którego pracownicy  (może z wyjątkiem H.J. Mullera) nie dbali specjalnie o sławę. Jestem dumny, że jestem częścią tej linii próbując podtrzymać jej tradycję.
Często słyszałem, że bez dopisywania własnego nazwiska do każdej publikacji wychodzącej z twojego laboratorium nie ma zawodowego sukcesu. To nie jest prawda. Na przestrzeni 30 lat składałem podania o granty do National Institutes of Health wyliczając wszystkie publikacje od “poprzedniego” razu. Na wielu publikacjach nie było mojego nazwiska. Dla NIH nie miało to żadnego znaczenia, liczyło się jak wiele dobrych badań wykonano za ich publiczny grosz, a nie to, czy moje nazwisko było na publikacji; nadal finansowali mnie.

Tak więc profesorowie, próbujcie powstrzymać się od przechwytywania uznania, na które w rzeczywistości nie zasługujecie. Waszym obowiązkiem jest pomaganie studentom przy pisaniu raportów i poszukiwanie dobrych pomysłów, waszym obowiązkiem jest kierowanie badaniami i pomoc przy analizowaniu wyników. To jednak nie usprawiedliwia dopisywania swojego nazwiska do ich pracy. Rada dla studentów – nie zakładajcie, że nazwisko waszego profesora musi być na publikacji. Może to być taka „tradycja” laboratorium, ale nie musicie się do niej stosować, chyba, że obrazicie tym waszego przełożonego. Nawet jednak kiedy musicie się poddać tego rodzaju presji, nie róbcie tego później, kiedy sami będziecie przełożonymi.

Tą radą kończę ten post. Miałem dobrą karierę, nie żałuję niczego, przynajmniej jako naukowiec i otrzymałem największy przywilej jaki może się zdarzyć naukowcowi – bycia pierwszym odkrywcą niektórych wcześniej nieznanych rzeczy o naszym wszechświecie.

Why Evolution Is True, 30 września 2015

Tłumaczenie: Małgorzata Koraszewska

Polskie tłumaczenie ukazuje się równolegle w Listach z naszego sadu

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.